|
czwartek, 26 stycznia 2012
No to jadę
Znikam na dwa tygodnie, jutro rano wyjeżdżam do Warszawy, stamtąd lecimy dalej. Odezwę się po powrocie. Napisz jeszcze coś, bo mnie rozśmieszyło. Kolega na informację, że jutro jadę do Egiptu, spytał:
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Zimowe wakacje
Przymierzałam się już 3 lata do takiej wycieczki, wreszcie sie udało zorganizować towarzystwo i ruszamy już w piątek. Dwie mamuśki i dwóch chłopaków. Najpierw 5-dniowy rejs po Nilu, potem Kair, a na koniec tydzień lenistwa TUTAJ. Wprawdzie głowę mam wciąż trochę zaprzątniętą rodzinnymi historiami, koncówka semestru w szkole też jest z lekka hardcorowa, ale już zaczynam się przestrajać. Trochę ciuchów z szafy wyciągnęłam, jutro przygotowania ruszą pełną parą. Strasznie się cieszę na ten wyjazd.
niedziela, 22 stycznia 2012
Blog genealogiczny
Te pokręcone notki o prababkach tu kasuję, a zapiszę z niewielkimi zmianami w nowym blogu, do którego zapraszam także przez zakładkę: Blog genealogiczny - "Historia mojej rodziny". Więc jeśli ktoś ma ochotę, to niech tam zagląda, a tu już nie będę się w tym temacie szczegółowo wypowiadać. Ten nowy polecam czytać raczej nie hurtem, a zgodnie z kategoriami, ale przymusu nie ma ;-)
środa, 18 stycznia 2012
No, dobrze, już nie o przodkach
O pradziadkach nie przestaję myśleć, ale na razie i tak nic nie mogę zrobić nowego, muszę czekać do wiosny. Zajmijmy się na razie młodszym pokoleniem. W Warszawie zaczęły się ferie. Według wcześniejszych ustaleń w tym tygodniu wnukami miała się zaopiekować rodzina zięcia. W sobotę jednak córka zadzwoniła, że mają problem, a nawet dwa. Po pierwsze Ala ma zapalenie oskrzeli, więc trochę strach ją wieźć do Lublina, a po drugie teściowa chora i nie powinno się jej dzieci zawozić. Niestety nie bardzo mogłam jej pomóc, bo akurat w poniedziałek od rana oboje pracujemy. Pogadałyśmy więc jeszcze chwilę i córuś oświadczyła, że będą dalej myśleć, co zrobić, bo oni zwolnienia ani urlopu nie mogą teraz brać. Później już nie dzwoniła, więc zajęłam się swoimi sprawami, szczęśliwa, że mi obiadu z soboty wystarczy i nie muszę gotować. Dzieciątka w końcu sposób na potomstwo znalazły, o czym dowiedziałam się w niedzielne południe... otwierając drzwi zięciowi. Uznali, że jednak babcia da sobie radę i wnuki przywieźli. Babcia radę sobie oczywiście dała, nawet dla zięcia i maluchów obiadek uległ cudownemu rozmnożeniu, trochę mną jednak wstrząsnęło. Może się czepiam, ale wolałabym, żeby ktoś nie decydował za mnie, czy sobie poradzę, a przynajmniej chciałabym być informowana przed faktem. Ostatecznie wnuki spędziły u nas popołudnie i noc, tylko że w poniedziałek musiały się wcześnie rano zerwać i zaraz po siódmej zostały odstawione do drugiego dziadka. Teściowa poczuła się na tyle dobrze, że wyszła z domu, wiec nie groził im bezposredni kontakt z wirusem. Pomysł był rzeczywiście realny, chociaż trochę się obawiałam, bo poniedziałkowe ranki nawet bez dodatkowych atrakcji bywają trudne. Na szczęście wszyscy się rano sprężyli i wszędzie zdążyliśmy na czas. A teraz już mogę spokojnie czekać, aż jutro po południu znowu wszyscy pojawią się u nas na resztę tygodnia.
środa, 04 stycznia 2012
Kielce
Wycieczka do archiwum udała się nadzwyczajnie. Po pierwsze nocleg - w bardzo sympatycznym schronisku PTSM, w ładnym i dużym pokoju, wkoło cisza, chyba tylko 1 osoba oprócz mnie nocowała w tym czasie. Po drugie obiadki u mamy Iwonki, pyszne i w miłym towarzystwie spożywane. Po trzecie wieczorne spacerki z Iwoną po Kielcach, kończone w jakichś przytulnych kawiarenkach - bezcenne. No, a co do archiwum, to w wyniku 15 godzin siedzenia w księgach przez te 3 dni zdobyłam np. informacje o przodkach kieleckich babć:
Otóż ta z prawej (o ile zdjęcie faktycznie ją przedstawia, bo są pewne wątpliwości), a w kazdym razie na pewno matka tej z lewej, była trzecią żoną swojego drugiego męża. Brzmi nieżle, prawda? Zupełnie, jak pani Czartoryska - Komorowska. Tu jednak nie było rozwodów. Rzecz w tym, że mój prapradziadek Jakub (Jakób) Olszański, urodzony w Busku w roku 1802, syn Jana i Rozalii, miał żonę i kilkoro dzieci, ale wszyscy wcześnie zmarli. Potem ożenił się z pewną Reginą, ale i ta przy czwartym porodzie zmarła, dziecko zresztą też. Tymczasem Katarzyna, młodsza od niego o 21 lat, zdążyła wyjśc za mąż za Józefa, a po roku owdowiała. A potem się pobrali i mieli chyba z dziesięcioro dzieci. Znalazłam wszystkie akta ślubów i urodzeń, część akt zgonów, mam rodzeństwo i rodziców Katarzyny, a nawet pewne dane jej dziadków. Niestety nie będę miała aktów urodzenia Jakuba i jego rodzeństwa (o ile miał jakieś) ani aktu ślubu rodziców, bo to wszystko działo się w okolicach 1802 roku, a kościół w Busku, jak i większość domów, spalił się w roku 1820 i wszystko przepadło. To na razie pierwsza "ściana", do ktorej dotarłam. Może coś jeszcze w okolicznych parafiach wypłynie, gdyby rodzice brali ślub nie w Busku, a gdzie indziej. Ale przeszukiwania sąsiednich parafii to już katorżnicza praca. Mam też różne ciekawostki, dotyczące kupowanych i sprzedawanych kamienic, wiem o wypożyczalni powozów i rowerów, którą posiadał pradziadek. Mam zdjęcia własnoręcznych podpisów prababci, pradziadka i prapradziadka. Znalazłam też grób na cmentarzu. Leżą tam oboje pradziadkowie, ich syn, córka i jeszcze inni, w sumie w grobowcu pochowanych jest 9 osób. W sumie pobyt pełen atrakcji, pod kazdym względem wyjątkowo udany.
sobota, 31 grudnia 2011
NA NOWY ROK
Wszystkim, którzy tu zaglądają z całego serca życzę wszelkiego dobra, miłości, radości w sercu i spełnienia wszelkich, niespełnionych od lat, marzeń i życzeń - nawet tych najskrytszych
jeśli nie w sferze materialnej, to we wszelkich innych, a może przede wszystkim w tych innych...
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Migawki świąteczne
Wigilia udała się nadzwyczajnie. Ostatecznie było 15 osób, co nie jest żadnym moim rekordem, ale też jest to wynik dość niezły. Mam nadzieje, że wszyscy w tym gronie czuli się dobrze. W ramach ustawy o ochronie danych osobowych - zdjęcia bez gości ;-) Szczupak:
Stół 3,5 m długości, w trakcie przygotowań, gotowy do części oficjalnej (dania wnieśliśmy po podzieleniu się opłatkiem):
Część tego, co trafiło pod choinkę:
Jedzonko w większości było przygotowane przeze mnie i siostrę, chyba wyszło niezłe. Z prezentów ja byłam bardzo zadowolona, ufam, że pozostali też. Kolejne dni już spokojniejsze, w gronie "ledwie" 7-osobowym. Niestety bez Jacka, co jest dla mnie jednak dość trudne. Jutro wybieram się do Archiwum Państwowego w Kielcach na poszukiwania genealogiczne, wracam w czwartek.
piątek, 23 grudnia 2011
WESOŁYCH ŚWIĄT!
Pomódlmy się w Noc Betlejemską , Życzę wszystkim moim gościom magicznych, pełnych rodzinnego ciepła Świąt Bożego Narodzenia, a w Nowym Roku dużo zdrowia, miłości, spełnienia i uśmiechu :)
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Cienko jakoś
W pracy idzie opornie, trochę mi skrzydełka opadły. Dziecko własne też nie specjalnie, co się z jednego przedmiotu poprawi, to z drugiego pogorszy. I samoocena mu siada. Wciąż mnie raczy takimi tekstami "bo ja się do niczego nie nadaję, nic nie umiem, nic mi nie wychodzi..." Część z tego to tylko takie gadki, ale też i widzę, że wiary w siebie naprawdę mu brakuje. Nie bardzo umiem mu pomóc, bo racjonalne argumenty nie trafiają. Staram sie chwalić, pokazywać pozytywy, nie truć (w każdym razie nie za często), ale efektów nie ma. W czasie ferii i wakacji zawsze mu sie trochę nastrój polepsza, więc czekam z utęsknieniem na wolne dni. A w tle przedświąteczne przygotowania. Większość zakupów zrobiona, mieszkanie wysprzątane, firanki poprane, jeszcze tylko zapastować salon i odkurzać na bieżąco. Piernik upieczony, ryba gotowa w porcjach siedzi w zamrażarce, jakieś mięska zamierzam jutro upiec, resztę zrobię na świeżo pod koniec tygodnia. Troche dań zamówiłam: rybkę w galarecie, uszka i makowce, czyli te najbardziej pracochłonne. Mam sprawdzone źródła, więc nie martwię się o efekt. A dawno już sobie odpuściłam rolę idealnej gospodyni, co to wszystko sama zrobi, bo najlepiej umie, a poza tym niby że gotowe to nie honor. Duży nadal w Indiach, kto czyta, ten wie. Powrotu nie zapowiada w najbliższych miesiącach, ale liczba Jacków przy naszym wigilijnym stole jest stała, zamiast syna zasiądzie z nami moj cioteczny brat, jego imiennik. Zaczynam pomalutku łapać świąteczny nastrój. Będzie dobrze.
wtorek, 13 grudnia 2011
Grudniowa notka
Korzystam z chwili ciszy, żeby cos skrobnąć, bo popołudniami to cicho nie jest. Młody ma w czwartek przesłuchanie, więc trochę więcej ćwiczy. Tylko trochę, bo u niego wynik egzaminu jest kwestią przypadku. Zależy od nastroju, ogólnej formy czy nie wiem czego, a na pewno nie od tego, ile godzin ćwiczył. A w ogole to nie o to chodzi, tylko o Beethovena. Który to, skądinąd znakomity, może nawet mój ulubiony kompozytor, pobrzmiewa w naszym domu w porze popołudniowej. Bo z kolei w przyszłą środę z tegoż pana B. dziecię ma test. Z samych symfonii. I od tygodnia lecą kolejno całymi godzinami. Już niedługo chyba będę jak ten gość z dowcipu, co mieszkał koło filharmonii i na pytania odpowiadał: "nie, nie, nie, nie" na melodię z pierwszego taktu "Piatej". A co poza tym? No, jak to w grudniu, po grudzie. Jeszcze nie zaczęłam myśleć o świętach, prezenty nie kupione, piernik nie upieczony. Ale od dziś zacznę... myśleć. A może jutro pójdę na zakupy. Muszę zajść w miejsce, gdzie są świąteczne dekoracje, żeby się w nastrój wpędzić, bo na razie to mnie te choinki w listopadzie w centrach handlowych strasznie wkurzały. A potem ugrzęzłam w manii genealogicznej i straciłam świat z oczu. Dobrze, że chociaż mam swoją panią Basię, to o generalne porządki nie muszę się martwić. Na czwartek się zapowiedziała. I to z synową, to powinny szybciutko się uwinąć. Ale prania i prasowania firan chyba nie zdążą zrobić, więc muszę już sama. No, to do roboty! |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blog genealogiczny
Blogi syna z wypraw
Czytam przy kawie
Mój ogród
|